Kanadyjskie wspomnienia

Ponad 1300 harcerek, harcerzy z całego świata przy wspólnym ogniu. Cały zlot składał się z obozów harcerek, harcerzy, zuchów oraz obozów instruktorskich. Motywem przewodnim był „Szlak przyszłości”. Tak zapamiętałam IX Światowy Zlot ZHP działającego poza granicami kraju, który w tym roku odbył się w Kanadzie w Tamaracouta, Quebec – pisze pwd. Magdalena Mielcarek, uczestniczka zlotu.

Pierwsze wrażenie było oszałamiające. Miejsce zlotu przepiękne. Jezioro, las, plaża, małe wodospady, malownicze zakamarki, gdzie znajdowały się obozy. Już w drodze na zlot zastanawiałam się jak to wszystko będzie wyglądać…

Różnice? Tak małe, że prawie niezauważalne. ZHPpgK w niezwykły sposób przekazuje wartości młodym ludziom. Mimo odległości mocno dbają by druhny i druhowie komunikowali się w języku polskim, przywiązują dużą wagę do historii naszego kraju. Cele mają te same. Różnice w umundurowaniu minimalne. Mundury męskie są jasne piaskowe lub ciemno granatowe, cała reszta podobnie jak u nas. Mundury żeńskie są szare, szare podkolanówki, ciemne obuwie, lekkie i furażerki. Nasze kapelusze wywarły na nich ogromne wrażenie. Nie mają łatwego dostępu do składnic, wszystko jest sprowadzane.

Musztra ćwiczona cały czas. Podczas przemarszu drużyny śpiewa się bez przerwy piosenki marszowe, pilnuje kroku. Z daleka wiedziałam jaka drużyna nadciąga. Najgłośniejsza zawsze była „Vega”, a głosy miały przepiękne! Niektóre komendy z ich musztry mnie zadziwiały. Pamiętam jedną zbiórkę, gdy oboźna naszego obozu w którym przebywałam, wydała komendę byśmy ustawiły się w szeregu. Stała w tedy z lewą ręka odwiedzioną do boku a drugą wzniesioną do góry. Patrzę na naszą oboźną Martę (nawiasem mówiąc wspaniała kobieta!) o co chodzi? – pytam ją wzrokiem. Obserwuję nasz podobóz „Czas na jutro” – chyba nigdy nie był na zbiórce na czas (ale o tym poniżej), druhny nadciągają z każdej strony i ustawiają się w linii Marty po stronie ręki odwiedzionej do boku. Coś nowego !

Czas na jutro ! – czyli obóz instruktorek.

Przez cały zlot miałam przyjemność przebywać w obozie instruktorek. Więc chyba najlepiej opisze tą część zlotu. Pojechałam na zlot jako instruktor HOPR, a moim zadaniem było prowadzenie szkoleń z pierwszej pomocy. Zaraz po przyjeździe zakwaterowano mnie do obozu instruktorek, „Czas na jutro!”

Były to kobiety dużo starsze ode mnie, niektóre od dawna w harcerstwie, część była dopiero od niedawna. Komendantka pwd. Katarzyna Lempicka – złota kobieta! Dbała o nas jak tylko mogła. Podziwiałam ją, nie jest łatwo prowadzić obóz instruktorek. Instruktorko, instruktorze wyobraź sobie że nagle znajdujesz się w takim podobozie. Każdy z innego zakątka świata, z inną historią i doświadczeniem, a twoim zadaniem jest nad tym zapanować. Oboźna pwd. Marta Korwin-Szymanowska, oboźna która była gotowa na wszystko ! Nie było rzeczy nie do załatwienia dla niej. Potrafiła zorganizować lub wyciągnąć z magicznej torby w namiocie to co akurat było potrzebne. Gospodarcza, czyli nasz kwatermistrz/kucharka dbała abyśmy zawsze miały pełne brzuszki. Każdy podobóz miał taką osobę, oraz własną kuchnię. Nie było jednej zlotowej. W każdym obozie był grill, palniki i przenośne lodówki. Dużo syropu klonowego, masła orzechowego i to co zapadło mi w pamięć, to że wszystkiego było dużo !

Nie wiem czy doliczyłyśmy się w końcu ile było uczestniczek naszego obozu, apel otwierający obóz robiłyśmy w jedynej przerwie jaką znalazłyśmy w naszych wspólnych grafikach (a i tak było to trudne!).

Postawa

Urzekające w tych instruktorkach była ich postawa i gotowość, mimo lat, niezależnie od pory dnia, czy nocy podejmowały się każdej służby. Szły tam gdzie potrzebowano osób, pomagały każdemu i rozwiązywały każde problemy zawsze z uśmiecham na ustach! Dla nich nie było rzeczy, której nie dało się zaradzić. Często wychodziły bardzo wcześnie, a wracały późno w nocy. Pomagały przy porządkach, stawały na punktach na grach (u nich nazywano to „stacjami”), opiekowały i pomagały przy zuchach. Ciągle w biegu. Warty nocne ? Oczywiście ! Dziwne uczucie gdy na warcie nocnej zmieniasz naczelniczkę, a zaraz po tobie wchodzi druhna Małkowska. Często brały dodatkowe warty za druhny, które np. źle się czuły.

Służyły zawsze dobrą radą. Moją ulubioną porą były późne wieczory. Gdy wszystkie powoli wracały ze służb, siadałyśmy w naszej obozowej jadalni przy kubku gorącej herbaty i najsłodszych ciasteczkach, jakie w życiu jadłam (oczywiście z syropem klonowym). Zapalone świeczki na stole, ciemna noc, cisza na całym terenie zlotu a ponad drzewami unoszą się rozmowy z obozu „Czas na jutro”. Zmęczone lecz uśmiechnięte twarze, witały kolejną instruktorkę która zasiadała z nami każdej zimnej nocy (a ciepła była tylko jedna). Opowiadałyśmy nasz dzień, nasze przeżycia, historie. To był najlepszy czas. Te wieczory łączyły, było w nich coś niezwykłego. W codziennym biegu zlotu nie miałyśmy na to czasu. A przyznam że nigdy nie widziałam tak wypełnionego planu dnia! Organizatorzy bardzo dobrze się przygotowali. Czas dla wszystkich harcerzy był wypełniony po brzegi harcami, grami, manewrami, biegami, olimpiadami. Uff! A wszystko dla młodych. Jednego dnia wędrowałam do leśnej kaplicy (kaplica zbudowana w alei starych drzew) spotkałam oboźną zlotu harcerek – Malwinę. Cała czerwona na twarzy, zdyszana, po raz nie wiem który pokonywała trasę całego zlotu- a był to nie mały kawałek drogi. Pytam czy piła wodę (dni były strasznie gorące), czy jadła, czy spała? Patrzy na mnie i z szybkością karabinu maszynowego mówi mi co jeszcze musi zrobić, w trybie tu teraz, zaraz. Zapamiętuję kilka spraw, którymi mogę się zająć, mówię pomogę. W godzinę się uwinęłyśmy z wszystkim. Pytam jej w drodze powrotnej – kiedy zamierza odpocząć, zjeść. Malwina – odpocznę po zlocie, za długo się do niego przygotowywałam, a jem w drodze na odprawę – już nie tak zdyszana, ale nadal uśmiechnięta. Podnosiła każdą harcerkę na duchu, doradzała, pomagała, jej imię w radiu było cały czas wzywane. Codziennie nuciła pod nosem lub pląsała z mijającymi jej centrum dowodzenia harcerkami.

Obóz – czyli jak to tam wygląda.

Camp Tamaracouta miał kilka drewnianych domków w których spali najstarsi instruktorzy. Zuchy zajmowały małe chatki przypominające wagony pociągu, zaraz przy głównej drodze. Drużyny miały własne podobozy. Każda wydreptana dróżka, plac czy domek miał swoją nazwę („Droga braterstwa”, „Sala dobrych myśli”, „plac krzyża harcerskiego”). Wzdłuż każdej drogi na drzewach były zamieszczone drewniane znaki z różnymi napisami np. „Witaj poranną mgłę z entuzjazmem” – mój ulubiony, „Zostaw po sobie ślad dbając o jutro” i wiele innych. Do każdego obozu prowadziła skromna brama, po środku maszt z flagą Polski i kraju z którego dana drużyna pochodziła. Namioty są białe, stelaż to trzy maszty główne, bez zapałek, boki naciąga się na śledzie. Pionierka wewnątrz prosta. Nie budują za wiele. Ewentualnie półki, mało kto budował prycze. Większość spała na łóżkach polowych (zapytani o kanadyjki, nie wiedzieli o czym mówisz). W każdym obozie miejsce na kuchnię zadaszoną plandeką.

Ogniska mnie zaskoczyły. Każde jest dokładnie planowane, zawsze przygotowuje się „pokaz” (czyli jakąś scenkę). Śpiewają mnóstwo przedwojennych piosenek. Szara lilijka to dla nich nowość. Nie mają strażnika ognia, każdy dokłada, gdy ogień zaczyna dogasać. Ciekawostką był „zielony walczyk” tańczony przy ognisku – to jakby ich pląs, który uwielbiają. I nawet po drugiej stronie świata na „Harcerski mam talent” układa się piosenki do polskiego disco polo (Zenon Martyniuk szczególnie).

Tak naprawdę nie czułam różnicy. Czasami tylko mieszali język polski z angielskim, ale tylko gdy chcieli bardzo szybko coś przekazać. Tak naprawdę czułam się prawie jak na zlocie u nas. Może maja lekko inną mentalność, ale tak naprawdę to harcerki i harcerze z tym samym krzyżem na piersi.

Relacja: pwd. Magdalena Mielcarek | zdjęcia: Lilian Blacharski, pwd. Magdalena Mielcarek